Gilbis – Rozdział 2

Drogi pamiętniku. Minęło już dwanaście lat a ja dalej nie uzbierałam na powrót do domu. Hospitalizacja ojca dużo kosztuje. Ja nie chcę tu być. Może na Ziemi ktoś obudzi ojca ze śpiączki?”

Był ładny dzień. Tak bynajmniej wyglądało. Pod kopułami jest utworzony hologram nieba. Nigdy nie ma deszczu, śniegu. Nie widać burzy. Wszystko co dzieje się poza kopułami jest ukryte pod hologramami. Dziś jednak dzień był ładny. Inny. Marta czuła to, że dziś coś się wydarzy. Miała nadzieję, że wygra w totka i wróci do domu. Sześć lat temu jej ojciec zachorował na nieznany rodzaj grypy co spowodowało u niego śpiączkę. Leżał w szpitalu, jego życie podtrzymywały maszyny, oraz pieniądze które Marta z siostrami wkładały do szpitalnej kieszeni byle by ojciec mógł tam leżeć. Mimo iż był znanym naukowcem, nie zwalniało to jego rodziny od płacenia normalnych stawek na leczenie, szczególnie przy nieznanej chorobie. Na szczęście nie była to choroba, która spustoszyła Ziemię. W e-wiadomościach nie ma nadziei dla ludzi na Ziemi i Marsie. Wszystkie ludzkie kolonie są odizolowane od innych gatunków. Wielkie imperium ludzi upada. Wojownicy zamienili się w plagę. Kosmici obawiają się, że również się zarażą.

Marta dalej była w pracy. Chciała dorobić na nadgodzinach. Jej praca polegała na wyszukiwaniu minerałów koparką poza kopułami w wielkiej kopalni. Żeby móc tam pracować musiała nosić specjalny kombinezon chroniący ją przed promieniowaniem i toksynami w powietrzu na Europie. Była jednak jedynym człowiekiem, który pracował w kopalniach. Poza nią w biurach pracowało z trzech ludzi z marsjańskiej kolonii i w stołówce dwie kobiety z Ziemi. Ludzie byli traktowani ostrzej niż inni kosmici. W końcu każdy z nich mógł zachorować i zarazić resztę kolonii pod kopułami. Marta była innego zdania, skoro mieszkając na Ziemi nie zachorowała czemu ma niby teraz zachorować? Jednak obcy mieli inne zdanie. Często dziewczyna była popychana i bita. Pracodawca udawał, że nic nie widzi. Zależało mu tylko na zyskach. Typowo ludzkie zachowanie – pomyślała. – Boją się nas a zachowują się jak my.

Dzisiejszego dnia Marta dostała nowy przydział. Miała pomagać w oczyszczaniu minerałów. Do tego służyła wielka maszyna znajdująca się również poza kopułą i wszelkimi budynkami fabryki. Z maszyny wychodziły małe minerały i trzeba było je oddzielać od skał. Praca na linii z innymi pracownikami. Marta nie chciała, ale nie miała zbyt wiele do powiedzenia. W kombinezonie ciężej się poruszało. Miała ograniczone ruchy manualne, a jak wiadomo, przy oddzielaniu minerałów od skał trzeba mieć zwinne ręce, co rękawice w których pracowała nie ułatwiały jej pracy. Poszła. Na linii razem z nią pracowały cztery Elashe i jedna Hanaria. Hanarowie byli podobni do ptaków ale anatomią równie przypominali ludzi. Ewolucja była zabawna, tak myślała Marta.

Praca dziewczynie szła powoli. Jako jedyna była w kombinezonie. Reszta kobiet nie musiała ich nosić, umiały dostosować się do warunków panujących poza kopułami. To jak rudowłosa pracowała denerwowało inne osoby. Była za wolna.

– Po co cię tu sprowadzili człowieku! Spowalniasz produkcję! – Krzyknęła rozzłoszczona, piegowata Hanaria.

– Szef kazał to jestem, wie, że w tym kombinezonie będę robiła wolniej. – Odezwała się opanowanie. Wiedziała, że nie jest lubiana w pracy i chciała unikać konfliktów ale miała wrażenie, że one i tak zawsze ją dopadają. Hanaria podeszła do niej. Szturchnęła, przez co Marta straciła równowagę i prawie upadła, jednak jakimś cudem udało się jej ustać na nogach.

– Wracaj skąd przybyłaś! Nie jesteś nam tu potrzebna, ani twoje zarazki! – Warknęła Hanaria. – Jakbym chciała pracować z ludźmi to bym wyniosła się na Ziemię, albo na Marsa. O. Wybacz, tam już nie ma ludzi. – Powiedziała ironicznie po czym się zaśmiała. Za nią zaśmiała się reszta personelu. Marcie puściły nerwy.

– Coś ty powiedziała ptaszyco!?- Wrzasnęła i popchnęła Hanarię. Ta straciła równowagę i uderzyła swoim wielkim biodrem o linię produkcyjną co spowodowało, że kilka minerałów spadło z linii. Hanaria aż zagotowała się. Wzięła sięgnęła po jeden z kamieni i rzuciła się na Martę. Marta upadła po czym poczuła ja swoim ciele ciężar. To Hanaria siedziała kolanami na niej mając kamień w ręce.

– Przeproś! – Wrzasnęła. – Przeproś nędzny ludziu!

– Zapomnij! Nie będę cię przepraszać! – Warknęła Marta próbując się pozbyć Hanarii z ciała. Zdenerwowana kosmitka zaczęła walić kamieniem w maskę dziewczyny. Szkło zaczęło pękać. Reszta personelu pobiegła po pomoc. Nikt dalej nie obserwował walki.

– Ja ci dam ziemska ździro! – Wrzasnęła po czym ostatecznie cisnęła kamieniem w maskę dziewczyny. Marta próbowała zakryć dziurę rękoma ale Hanaria powstrzymywała ją. – Żryj toksyny świnio! – Wrzasnęła po czym zaczęła się śmiać. Marta próbowała się oswobodzić ale nie mogła. Poczuła zawroty głowy, zemdlała. Hanaria zadowolona z siebie odeszła.

Nieprzytomna Marta leżała przy maszynie, narażona na promieniowanie i toksyny. Miała wrażenie, że śpi a wszystko co się toczy dookoła to tylko sen. Zauważyła postać stojącą nad nią. Była za mgłą. Postać coś do niej mówiła. Po chwili czuła, że ktoś ją podniósł po czym znów straciła przytomność. Obudziła się kilka godzin później w szpitalu. Zdezorientowana.

– Odzyskuje przytomność. – Odezwał się głos. Znajomy głos. To była Anna, siostra Marty. Była poddenerwowana. – Marta, nic ci nie jest? Odezwij się!

– Uh, nie jest. – Wymamrotała rudowłosa. – Co ja tu robię?

– Sama bym chciała cię o to zapytać. Ktoś cię tu przyniósł i kazał zadzwonić po mnie. – Powiedziała Anna przeczesując w zdenerwowaniu palcami swoje włosy. – Marta! Na Boga! Co się wydażyło!

– Nic strasznego. Mała sprzeczka w kopalni.

– Mała?! Miałaś dziurę w hełmie! Mogłaś umrzeć! Kto ci to zrobił? – Zapytała Anna siadając na krześle obok Marty łóżka. Marta zawahała się. – Marta, ktoś próbował cię zabić. Czemu?

– Ja… – Znów się zawahała. – Henaria z kopalni, ta na linii. Ona mnie zaatakowała. – W końcu wydusiła z siebie głaszcząc obolałe czoło.

– Czemu? – Zapytała Anna. W jej oczach widać było złość. Marta wiedziała, że to źle się skończy dla Hanarii i dla niej. Już doniosła na Hanarię, Anna zrobi wszystko by kosmitka siedziała za próbę morderstwa. – Czemu, Marto! To nie są dziecinne igraszki.

– Po prostu za słabo pracowałam w kombinezonie, kazała mi wracać na Ziemię i wyzwała mnie od ździr i świni, to się wkurzyłam i nazwałam ją…. – Na jej ustach pojawił się skromny uśmiech. – Nazwałam ją ptaszycą.

– Na Boga, dziecko! – Anna złapała się za głowę. – Aż tak źle cię tam traktują?! Czemu ty tam dalej pracujesz! To nie pierwszy raz jak zostałaś pobita ale tu mogłaś zginąć. Hanaria zapłaci za swój czyn. Opowiesz wszystko Arthurowi. – Powiedziała siostra i złapała za mały gadżet wyglądający jak telefon. – Pojawi się tu niebawem. Teraz proszę cię, nie wpakuj się w żadne kłopoty. Idę zadzwonić do Ewy i przyniosę ci coś do picia. – Po tych słowach wyszła z pokoju w którym przebywała dziewczyna. Marta rozejrzała się w poszukiwaniu lustra. Zauważyła, że lusterko jest na jednym z blatów, po drugiej stronie pomieszczenia. Chciała zejść z łóżka ale nie miała siły. Przeklęła soczyście. Nagle lusterko się poruszyło. Zeskoczyło z blatu i w podskokach znalazło się na kolanach dziewczyny. Marta przetarła oczy. To jakiś sen. – Pomyślała. Wzięła lusterko do ręki, przejrzała się. Miała wielkiego guza na czole i obtarty policzek, większych zmian nie znalazła.

– Pięknie wyglądasz, mimo swych ran. – Odezwało się lusterko. Marta cisnęła nim na drugi koniec pokoju. Lusterko nie rozbiło się. Wstało i skoczyło znów na kolana dziewczyny. Rudowłosa zaczęła okładać pięściami skaczące po łóżku lusterko. – Przestań! – Wykrzyczał. – To boli! – Po tych słowach lusterko odskoczyło z powrotem na blat na którym wcześniej się znajdowało. Po chwili zmieniło kształt. Stało się niebieskie i wyglądało jak galaretowata piłka, tylko że posiadało oczy. Wielkie zielone oczy i szerokie usta.

– Gilbis! – Wrzasnęła Marta. – Pomocy! Intruz!

– Proszę, nie krzycz tak. – Odezwał się spokojnie kosmita. – Przyszedłem zobaczyć czy już z tobą wszystko w porządku. Widziałem co ci zrobiła tamta Hanaria i chciałem ci pomóc. Zabrałem cię tu i kazałem zadzwonić po rodziców. – Powiedział spuszczając wzrok.

– To ty kazałeś zadzwonić po Annę? Ty mnie zabrałeś stamtąd? Dla czego?

– Co, chciałaś umrzeć? Taka ilość promieniowania powinna dawno cię zabić a jednak żyjesz. Zaciekawiło mnie to. Jednak nie byłaś w stanie odpowiedzieć mi na pytania więc cie tu zaprowadziłem. – Powiedział przeskakując z jednego końca blatu na drugi. – Jak to się stało, że człowiek to przeżył?

– Nie wiem.

– A jesteś człowiekiem? – Zapytał poważnie. Marta wybuchła gniewem.

– Oczywiście, że jestem! Jak możesz w to wątpić!

– Twój kolor skóry mnie zmylił… Nieważne. Dobrze, że przeżyłaś.

– Co masz na myśli, że mój kolor skóry cię zmylił? – Zapytała podirytowana dziewczyna.

– Ciii, ktoś się zbliża. Ja muszę już uciekać. Żegnaj ziemska istoto. – Powiedział Gilbis po czym wyskoczył za okno. Marta była w szoku. Lusterko okazało się Gilbisem, dodatkowo tym, który ją uratował przed śmiercią.

Do pokoju weszła Anna ze swoim szefem Arthurem. Anna podała Marcie herbatę. Arthur usiadł obok dziewczyny.

– Powiedz mi wszystko, od początku. Nie martw się, nie pozwolę by ktokolwiek już cię skrzywdził. – Powiedział delikatnie swoim basowym głosem policjant. Marta zawstydziła się. Popiła herbatę i opowiedziała wszystko od początku. Nie kłamiąc ani nie ubarwiając.

Kilka godzin później Marta mogła wyjść już do domu. Podziękowała personelowi za opiekę po czym została eskortowana przez policję do domu. Czuła się jak kryminalistka, mimo iż to nie ona zawiniła. Otworzyła drzwi od radiowozu i niepewnym krokiem wyszła z samochodu. Arthur też wyszedł.

– Zapewniam cię, że Hanaria odpowie za swój czyn. Tobie nic się nie stanie. – Powiedział mężczyzna i poklepał Martę po ramieniu. Uśmiechnął się szeroko. – Anna i Ewa zajmą się tobą, spokojnie. Ja muszę jednak pogadać z twoim szwagrem. – Po tych słowach z domu wyszedł Adam. Mąż Ewy, współpracownik ojca. Marta od zawsze podkochiwała się w nim, jednak mężczyzna wybrał jej siostrę za żonę. Po tym jak ojciec dziewczynek zachorował zajął się całą rodziną. Marta kochała go, za miłość jaką darzył rodzinę, za ciepło jakie z niego biło, za piękny i szczery uśmiech. Było jej ciężko gdy zaczął spotykać się z Ewą. Ciężej było gdy oboje pobrali się i zamieszkali z Martą pod tym samym dachem. Dziewczyna była pewna, że chłopak wie o jej uczuciach i miała wrażenie, że czasem wykorzystywał to. Nie chciała przyznać się siostrze, że podkochuje się w jej mężu. Po prostu zajęła się nauką i pracą, z daleka od domu, by nie myśleć o nim i ograniczyć kontakty. Wiedziała, że po dzisiejszym incydencie będzie bacznie obserwowana przez całą rodzinę.

– Arthur. – Powiedział mężczyzna, po czym uścisnął jego dłoń. – Słyszałem co się stało. To akt nienawiści gatunkowej! Tak nie może być, musisz coś z tym zrobić. Jesteś jedyną nadzieją ludzi na tym księżycu. Oni wszyscy poszaleli! – Powiedział donośnym głosem po czym poprawił swoje okulary.

– Rozumie twoje zdenerwowanie. Nie możemy działać pochopnie. Muszę iść zgodnie z procedurami, wiesz o tym. – Po tych słowach Arthur założył policyjną czapkę na głowę wcześniejszy otrzepując ją z niewidzialnego kurzu. Adam pokładał nadzieję w Arthurze, był jedynym kosmitom, który nie nienawidził ludzi za los jaki ich spotkał. Był dobrym przyjacielem rodziny od samego początku. – Dobrze, że to ja jestem szefem. – Zaśmiał się.

– Nie spuszczę jej z oka!

– Nie, nie. Adam. – Uspokajał go Gilbis poklepując po ramieniu. – Jej nic nie będzie. Ja się o nią zatroszczę a ty pozwól jej żyć tak jak żyła do tej pory. Nie trzymaj jej na smyczy.

– Jeśli znów coś się jej stanie…. – Przerwał w połowie zdania i spojrzał na Martę, która stała w drzwiach domu. Ewa głaskała ją po głowie. Dziewczyna płakała.

– Nic się jej nie stanie. Na wszelki wypadek, jeśli tak się boisz, daj jej tymczasową pracę u siebie w laboratorium. To mądra dziewczyna, nie powinna pracować w kopalniach. Szczególnie poza kopułami. Przeżyła promieniowanie. Lekarze nie wiedzą jak. Powinna umrzeć a jednak jej ciało nie przyjęło żadnej dawki. Jest czysta. Mimo to, lepiej by była pod twoim okiem w laboratorium. Tylko nie przesadzaj z ojcostwem. – Zaśmiał się policjant. – Niech pracuje z kimś kogo zna, nie z tobą, z kimś innym. – Skrzyżował ręce i tupnął cichutko nogą.

– Nyo! Tak! – Wrzasnął podekscytowany Adam. – Tak, mogę umieścić ją w jego dziale. Jako pomocnicę. Doskonały pomysł. Dziękuję Arthurze! – Złapał Gilbisa za ramie. – Dobry z ciebie przyjaciel.

– Nie ma za co. Teraz jeśli pozwolisz, ruszę na komendę i napiszę rozkaz aresztowania. Przesłucham tę pannę.

– Jadę z tobą! – Powiedziała Anna stając naprzeciw Gilbisa. – Nie odmawiaj mi szefie.

Gilbis podrapał się po głowie. Myślał intensywnie patrząc raz to na Annę, raz na Adama a raz na Martę.

– Chyba nie mam wyjścia. – Zaśmiał się. – Wskakuj. Zostajesz na nadgodzinach. – Po tych słowach oboje weszli do samochodu. Arthur pokiwał głową na pożegnanie. Odjechał. Marta wtulona w Ewę patrzyła jak policjant odjeżdża z jej siostrą.

– Wejdźmy do domu, napijesz się czegoś? – Powiedział Adam głaszcząc Martę po głowie.

– Sok pomarańczowy byłby dobry.

– Już idę ci go nalać, chodź ze mną. – Odezwała się Ewa. Wszyscy weszli do mieszkania.

Dziewczyna siedziała w pokoju na swoim łóżku przeglądając się w lustrze na swoje odbicie. Nie rozumiała, czemu ją tak nienawidzą w pracy. Nie choruje, jest zdrowa, pracuje jak każdy inny pracownik; a mimo to, nawet szef woli udawać, że nie widzi co się dzieje. Teraz już nie mógł udawać. Doszło do poważnego przestępstwa. Marta bała się o swoje bezpieczeństwo. Nie mogła uwierzyć, że przeżyła promieniowanie. W pewnym momencie przypomniała sobie o gadającym lusterku. Gilbis, który ocalił jej życie. Była ciekawa czy był on pracownikiem kopalni czy kimś kto mieszkał poza kopułą. Nie rozumiała czemu kosmita zapytał ją o bycie człowiekiem i o co chodziło z kolorem skóry. Widziała się w lustrze, kolor był normalny, jedynie miała siniaka na czole, starannie próbowała go zakryć grzywką.

Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Do pokoju weszła Ewa. Widać było, że trapi ją coś. Przyglądała się dziewczynie. W ręce miała obiecany sok pomarańczowy i ciastka. Postawiła posiłek na stoliku nocnym, obok łóżka dziewczyny. Siadła na drugim końcu przyglądając się Marcie. Rudowłosa dziewczyna skuliła się. Nie chciała pokazywać swoich zadrapań i siniaków starszej siostrze.

– Marta. – Zaczęła spokojnie mówić Ewa. – Jak to się stało. Powiedz prawdę.

– Mówiłam prawdę.

– Nie sprowokowałaś jej do takiego zachowania? – Zmarszczyła czoło i wpatrywała się w oczy dziewczyny.

– Jak możesz nawet tak myśleć! Znasz mnie. – Podniosła głos zdziwiona dziewczyna. Mimo to dalej próbowała unikać wzroku Ewy, ale wiedziała czego siostra szuka, szuka prawdy. Marta podniosła obolałą głowę i spojrzała na siostrę. – Miałam im pomóc na linii. Nie spodobało im się to to oberwałam.

Ewa już widziała, że dziewczyna nie kłamie. Uspokoiła się i odetchnęła z ulgą.

– Martwimy się o ciebie. Wiem, że nie jesteś już dzieckiem, nie masz piętnastu lat. Mimo to, jesteś moją siostrzyczką i chcę dla ciebie jak najlepiej. Dla tego będziesz pracowała z Nyo w laboratorium.

– Co? – Zdziwiła się Marta. Nie miała dużego doświadczenia z genetyką.

– Będziesz jego asystentką, zajmiesz się wprowadzaniem danych do e-systemu. Nic wielkiego. To tylko na czas rozprawy. Nie chcemy, by znów ktoś cię zaatakował. Znasz Nyo, to dobry Elashe. Zaopiekuje się tobą. – Powiedziała Ewa głaszcząc siostrę po kolanie. – Nie martw się. Po wszystkim znajdziesz lepszą pracę niż kopalnie.

– W kopalniach dobrze zarabiałam, stać mnie było na odłożenie czegoś dla siebie i na szpital dla ojca! Teraz nie będzie mnie stać! – Powiedziała wyższym tonem dziewczyna.

– O szpital nie masz co się martwić. Znajdą się pieniądze. Adam już zajął się tym.

– Co teraz będzie? – Zapytała Marta.

– Będzie dobrze. – Powiedziała siostra i przytuliła dziewczynę. Ta zaczęła szlochać. – Nic ci już nie grozi. Nic.

Następnego dnia dziewczyna pojawiła się w laboratorium Adama. Stanęła w drzwiach od małego pokoiku, ubrana w biały szlafrok, czepek na głowę i długie białe rękawiczki. Nie była zadowolona, że musiała nosić taki strój, ale był on wymagany. W drzwiach naprzeciw Marty stanął Elashe. To był Nyo we własnej osobie. Zmierzył dziewczynę wzrokiem po czym zaśmiał się. Dziewczyna zaczerwieniła się ze wstydu.

– Aż tak tragicznie wyglądam? – Zapytała.

– Nie. – Zachichotał kosmita. – Jest dobrze. Dawno cię nie widziałem, z trzy lata jak nie lepiej. – Powiedział po czym uścisnął dziewczynie rękę. – Dobrze, że jesteś.

– Po części nie miałam wyboru. Adam i Ewa nalegali. – Uśmiechnęła się. – W sumie Arthur też… i Anna. Dość duża liczba osób.

– Najważniejsze, że nic ci już nie grozi, a nikt cię tu nie skrzywdzi. Ja tu jestem.

– Wiem. – Uśmiechnęła się siadając przy biurku naprzeciwko komputera. – Co chcesz bym robiła?

– Dzisiaj mam trochę papierkowej roboty. Potrzebuję też wprowadzić dane do komputera. – Podał dziewczynie kupkę papierów. – Wiem, że to dużo. Nie musisz tego wszystkiego dziś robić. Pamiętasz jak działa e-system tutaj? – Zapytał po czym nachylił się nad dziewczyną pokazując jej program w komputerze. – Niestety musimy to robić ręcznie, nie da się zeskanować. Skaner się zepsuł w zeszłym tygodniu. Jestem zawalony robotą, spadasz mi po prostu z nieba!

– Dam radę. – Powiedziała onieśmielona dziewczyna. Nyo jak na Elashe był bardzo przystojny. Kiedyś dziewczyna umawiała się z nim. Rozdzieliły ich jednak obowiązki. Ojciec Marty zapadł w śpiączkę i dziewczyna zaczęła więcej pracować, mniej spędzać czasu z Nyo, w pewnym momencie po prostu przestali się spotykać. Nigdy o tym nie rozmawiali. Ponad trzy lata nie widzieli się. Nie była pewna co ma zrobić i powiedzieć do niego. Mężczyzna jednak nie nalegał na nic. Widać było, że cieszył się z faktu, że Marta będzie z nim pracować. Zachowywał się normalnie. Dziewczyna też nie była przekonana co do związku z nim, ponieważ od ponad dziesięciu lat Nyo wyglądał tak samo. Starzał się znacznie wolniej niż ludzie. Zawsze wyobrażała sobie siebie i jego dwadzieścia albo czterdzieści lat później. Elashe zawsze jej powtarzał „żyj teraźniejszością a nie przyszłością czy przeszłością”. Jednak jak to bywa w naturze człowieka, zamartwianie się miało się w genach. Elashe odsunął się od dziewczyny. Złapał za ramie.

– Dobrze, że tu jesteś. – Powiedział uśmiechając się szczerze. – Teraz zajmę się moją papierkową robotą. Będę biurko obok. Jakbyś miała pytania wal śmiało.

– Dobrze. Nie martw się. Jak czegoś nie zrozumie, zapytam.

Nyo uśmiechnął się i poszedł do swojego biurka, był obładowany folderami, niektóre papierki leżały luzem. Złapał za długopis i zaczął przeglądać papierki. Marta w tym czasie zaczęła przepisywać treści z kartek do komputera. Znała się dobrze na tym sprzęcie. Kilka lat wstecz, zanim ojciec dziewczynek zapadł w nieznaną chorobę, pomagała mu. Robiła dosłownie to samo co teraz robi. Przeważnie nie czytała tego co pisało na kartkach, po prostu przepisywała słowa, nie rozumiała ich. Teraz już je rozumiała. Język naukowy był mniej skomplikowany niż siedem lat temu. Wiedziała, że przepisuje kolejne wyniki badań nad szczepionką dla ludzi. Niewiele się jednak zmieniło. Dalej brakowało jednej cząstki, jakiegoś kodu genetycznego. Lata pracy ojca Marty. Desperacko chciał uratować córki i całą ludzkość. W pewnym momencie Marta zamyśliła się. Nyo to zauważył, a raczej usłyszał brak dźwięku klawiatury. Spojrzał na dziewczynę. Wyglądała na zagubioną i samotną. Nyo podejrzewał, że dziewczyna dalej przeżywa to co stało się z jej ojcem. W dodatku jeszcze problemy w poprzedniej pracy. Pewnie zbijało jej to sen z powiek.

– Marta. – Odezwał się.- Chcesz porozmawiać?

– O czym? – Ocknęła się dziewczyna i spojrzała na Nyo. Wyglądał na zmartwionego.

– Nie wiem. Coś cię męczy, myślałem… – Zawahał się.

– E tam, Nyo. Wszystko w porządku. Układam swoje myśli. Będzie dobrze. – Uśmiechnęła się. – Ty mi lepiej powiedz kiedy jest lunch.

– O dwunastej. – Zaśmiał się.

– Jeszcze trzy godziny?

– Tak, niestety.

– Dobra. To ja dalej pracuję, nie przeszkadzam ci.

– Nie przeszkadzasz, ale jeśli będziesz chciała porozmawiać to wal śmiało. – Powiedział mężczyzna po czym wrócił do sortowania kartek w niebieskim segregatorze.

Marta kontynuowała przepisywanie notatek, tym razem skupiła się bardziej. Nie chciała znów zamyślić się i zmartwić tym Nyo. Może i kosmita nie wyglądał na takiego ale był wrażliwy i czuły. To w nim lubiła. Żałowała wielu decyzji w swoim życiu ale tego krótkiego związku z Elashe nie żałowała. Mogła zapomnieć o uczuciach do Adama, tego potrzebowała. Nyo wiedział o wszystkim a mimo to opiekował się Martą. Teraz znów musiał się nią opiekować. W końcu pracowali razem.

Nyo ziewnął po czym przetarł oczy. Miał już dosyć papierkowej roboty, którą był zawalony. Zwrócił uwagę, że Marta sięgnęła po okulary. Nigdy nie widział jej w okularach. Najwidoczniej potrzebowała ich do komputera, by oczy jej się nie zmęczyły. Wyglądała w nich poważniej niż normalnie. Dziewczyna była ładna ale taki gadżet dodawał jej uroku.

– Coś się stało? – Zapytała spoglądając na Elashe. Chłopak zamarł na chwilę. Ziewnął ponownie i spojrzał na zegarek.

– Czas na lunch. – Powiedział wstając od biurka.

– Jeszcze dziesięć minut i dojdę do ciebie.

Nyo pokiwał głową w milczeniu, uśmiechnął się i wyszedł z pomieszczenia. Marta odetchnęła z ulgą. Dziwnie czuła się w obecności byłego chłopaka kosmity. Od około trzech godzin nie odezwali się do siebie ani słowem. Marta wiedziała, że Nyo czasem spoglądał w jej stronę, jedyne czego nie mogła rozgryźć to jego myśli. Na pewno zastanawiał się czy ona kiedykolwiek wspomni o tym co się między nimi wydarzyło. Jednak dziewczyna postanowiła unikać tematu jak najdłużej się dało. Dalej starannie wprowadzała dane do e-systemu. Dziesięć minut minęło. Odłożyła swoje okulary do małego, zielonego etui. Odsunęła się krzesłem od biurka. Spojrzała na zegarek. Nie chciała iść na stołówkę, nie wiedziała czego może się spodziewać tam, również bała się, że znowu komuś podpadnie samą swoją egzystencją. Sięgnęła do torby po buteleczkę wody. Starannie otworzyła ją nie rozlewając i wzięła pierwszy łyk, później drugi, ciągle wpatrując się w zegar. Drzwi od pomieszczenia otworzyły się. Do środka wszedł Nyo. W rękach trzymał dwa talerze z kanapkami.

– Pomyślałem, że zjemy tutaj. – Uśmiechnął się i położył jeden z talerzyków na biurku dziewczyny. Marta z niedowierzaniem spojrzała na niego. – Znam cię za dobrze ludzka istoto. – Odezwał się z uśmiechem, siadając przy swoim biurku. – Nie poszłabyś na stołówkę i głodowałabyś tu do końca dnia, a ja potrzebuję cię skupionej na pracy. – Ugryzł kanapkę, przeżuł i połknął. – Nie mogę pozwolić byś w takich okolicznościach mogła głodować. Figurę masz dobrą, nie musisz się odchudzać. Jeśli chcesz pracuj dalej ale przy okazji zjedz coś.

Dziewczyna zaczerwieniła się. Nyo to zauważył ale nie dał po sobie poznać, że mu się to spodobało. Marta zaczęła jeść kanapki popijając wodą. Znów zatopiła się w swoich myślach, nie zwracając w ogóle uwagi na współpracownika. Wytrwale patrzyła na zegarek.

– Chcesz iść do domu? – Zapytał Nyo.

– Co? – Zdziwiła się dziewczyna. – Nie. Czemu pytasz?

– Ciągle patrzysz na zegarek. Dłuży ci się?

– Nie dłuży, właśnie czas leci bardzo szybko i miło. W szoku jestem.

– Może to dlatego że robisz to do czego jesteś stworzona. – Powiedział mężczyzna. Marta chwilę się zawahała.

– Co masz na myśli?

– Lubisz technikę i komputery. Już od dawna powinnaś tu pracować a nie na jakiejś kopalni. Mielibyśmy wówczas więcej czasu na rozmowy.

– Nadrobimy stracony czas. – Po tych słowach dziewczyna wyjęła swoje okulary z zielonego etui i założyła na nos. – Teraz jednak muszę wracać do pracy.

– Masz jeszcze kolejne dziesięć minut. – Powiedział zaskoczony Nyo. Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem.

– Lubię moją nową pracę, daj mi się nią nacieszyć.

Wróciła do przepisywania danych. Nyo wstał ze swojego stanowiska i podszedł do dziewczyny, kucnął obok niej. Dziewczyna próbowała nie zwracać uwagi na niego, lecz było ciężko. Czuła zapach jego perfum i słyszała jego oddech.

– Masz jeszcze osiem minut. Pogadaj ze mną jak z człowiekiem. – Skomentował mężczyzna. – Może i nie jestem człowiekiem ale pogadaj jak z człowiekiem. – Zamotał się. Wstał i oparł się biodrem o biurko Marty, krzyżując przy tym ręce. – Powiedz co robiłaś przez te lata jak cię nie widziałem.

Dziewczyna wiedziała, że prędzej czy później Nyo poruszy ten delikatny temat. Miała nadzieję, że później, choć nie zapytał jej wprost. Musiała szybko pomyśleć nad odpowiedzią taką by go zadowoliła a niewiele zdradziła. Nie umiała.

– Pracowałam, znasz mnie.

– Właśnie nie jestem już pewny. – Powiedział drapiąc się po nosie. – Popadłaś w pracohlizm, a kiedyś lubiłaś zabawę. To dość nagła zmiana. – Odepchnął się biodrem od biurka i zrobił kilka kroków w tył. – Wiem, że to co spotkało twojego ojca cię dobiło. Wiem, że hospitalizacja jest droga, ale nie możesz się przemęczać. Jest jeszcze Anna i Ewa. Pomagają przecież. Adam też ma w to swój wkład. – Zamilkł na chwilę. Czekał na jakąś reakcję dziewczyny, ta zamarła. – Dalej wolisz unikać tego tematu?

– Po części. – Odpowiedziała. Szczerze. Nyo odszedł od jej biurka i usiadł przy swoim.

– Nie będę nalegał. Jak będziesz chciała porozmawiać, jestem obok. – Wrócił do pracy. Do końca dnia nie odezwali się do siebie ani słowem.

Marta była gotowa do wyjścia. Dzień w nowej pracy minął jej spokojniej niż się spodziewała. Nyo nie nalegał do niezręcznych rozmów. Nie widziała nawet Adama dzisiejszego dnia. Myślała, czy by nie zostać na nadgodzinach, zarobiła by ekstra gotówkę, którą odłożyłaby na bilet do domu. Przy drzwiach wyjściowych pojawił się Elashe Nyo wraz z trzema żeńskimi Gilbiskami. Kosmitki były całe w skowronkach i ciągle chichotały z żartów Nyo. Marta wiedziała, że mężczyzna ma powodzenie. Zauważyły Martę, próbowały zwrócić uwagę Elashe na nich samych, lecz purpurowłosy kosmita wolał podejść do dziewczyny.

– To był długi dzień, nie prawda? – Powiedział schodząc ze schodów na równi z dziewczyną. Marta uśmiechnęła się niepewnie. Nie chciała znów narobić sobie wrogów, tylko dla tego, że przyjaźniła się z Elashe. – Nie przejmuj się nimi. – Wyszeptał do niej. – Wolę gadać z tobą niż słuchać jak śmieją się z moich kiepskich żartów.

– Prawda. – Potaknęła Marta. – Nie umiesz opowiadać dowcipów. – W tym momencie oboje zaśmiali się. Marta zgarnęła z oczu swoją rudą grzywkę. Nyo pogłaskał dziewczynę po policzku, ta wzdrygnęła się i odsunęła od współpracownika. Zarumieniła się, po czym przyśpieszyła kroku. Nyo chciał jej dorównać, ale Marta nie chciała wracać do domu w jego towarzystwie. – Muszę podskoczyć gdzieś jeszcze, wybacz Nyo. Do zobaczenia jutro. – Powiedziała i pobiegła w stronę pobliskiego parku. Mężczyzna zatrzymał się i przeklął. Wiedział, że tym gestem pozwolił sobie wystraszyć dziewczynę. Stał tak przez chwilę patrząc na oddalającą się Martę po czym wrócił do rozgadanych pracownic z którymi wcześniej rozmawiał.

Marta biegła jeszcze przez pięć minut po czym stanęła przy rzece. Spojrzała za siebie nie ufając mężczyźnie, że nie pójdzie za nią. Nie widziała go, więc zapewne chłopak nie podjął się szaleńczego biegu za nią. Dziewczyna była zmieszana. Teraz była pewna, że Nyo dalej coś do niej czuł. Ona jednak nie była pewna czy chce znów brnąć w ten związek. Wolała jednak by ich relacje zostały profesjonalne. Spacerując nad rzeczką rozmyślała jak wytłumaczyć mu jutro, że muszą zachowywać się profesjonalnie nie urażając chłopaka. Nie było to łatwe, szczególnie, że Nyo powiadał wzrok szczeniaka, szczególnie gdy było mu przykro. Jego czerwonawe tęczówki robiły się wówczas mniej straszne a bardziej słodkie. Nie mogłaby znieść tego widoku. Nagle usłyszała szelest zza krzaków. Park był dość zarośnięty, jakby nikt o niego nie dbał, albo miał bardziej przypominać ziemski las. Koncepcja autora była jej nieznana. Spojrzała w prawo a nad nią stał wielki ziemski niedźwiedź. Ryknął na nią. Dziewczyna przerażona upadła na ziemię. Co tu do diabła robi ziemski niedźwiedź?! – Krzyczała w myślach, z jej ust nie mogły się wydobyć żadne słowa, nawet nie mogła wołać o pomoc. Była tak bardzo przestraszona. Niedźwiedź pochylał się nad nią. Dziewczyna zamknęła oczy. Po chwili usłyszała tylko skomlenie i znów ryk. Otworzyła jedno oko i ku jej zaskoczeniu człowiek mocował się z niedźwiedziem. W ciągu paru sekund mężczyzna powalił giganta na ziemię a ten skowycząc uciekł. Mężczyzna odwrócił się.

– Gilbis. – Wymamrotała zszokowana dziewczyna. Mężczyzna wyciągnął do niej rękę.

– Już nie masz czego się obawiać. – Powiedział kosmita. Dziewczyna rozpoznała ten głos. To był głos gadającego lusterka, tego ze szpitala. To musiał być on ale w ludzkiej formie. Wyróżniały go szpiczaste uszy. Miał dłuższe włosy z przodu, co dawało efekt grzywki. Z tyłu miał krótko ścięte. Marcie rzucił się w oczy kolor jego włosów, były niebieskie. Bardzo ładny odcień niebieskiego, w dodatku wyglądały naturalnie, lepiej niż farbowane czy peruka. Oczy mężczyzny były zielonawo-niebieskie. Duże ale nie przerażające. Kolor skóry był ciemniejszy od jej koloru. Widać było, że przybrał postać dobrze zbudowanej osoby. Marta nie była pewna do końca czy Gilbisy kopiują ludzi czy może to ich własne wyobrażenie ich osoby. Wstydziła się pytać o to. Niewiedza też sprawiała, że czuła się niezręcznie w wielu sytuacjach. – Musiał uciec z pobliskiego zoo, skierowałem go na ulicę, powinien ktoś go znaleźć. – Dodał po chwili. Matra chwyciła go za rękę i wstała.

– Dziękuję. – Wyszeptała po czym strzepała kurz z ubrania, podniosła torbę i ruszyła w stronę domu.

– Zaczekaj! – Zawołał mężczyzna. Miał bardzo męski głos, Martę aż ciarki przeszły po plecach. – Poznałaś mnie, prawda? – Zapytał.

– Tak. – Odezwała się. – Poznałam. Znów mi uratowałeś skórę, mam ci medal dać? – Zachowała się trochę niegrzecznie wobec kosmity.

– Nie. Chciałem tylko zapytać czy wszystko w porządku od czasu wyjścia ze szpitala. Nie miałem okazji cię widzieć ponownie ponieważ już cię zdążyli wypisać stamtąd. – Podrapał się po głowie, po czym ją spuścił. Stąpał niespokojnie ze stopy na stopę. – Nie jestem dobry w kontaktach z innymi gatunkami. – W końcu wymamrotał. Marta odwróciła się w jego stronę. Widać było, że mężczyzna był skrępowany. – Nie znam się na waszej kulturze i nie wiem co zrobić by ci ulżyć w cierpieniu, bo widzę, że cierpisz.

– Skąd taki wniosek? – Zapytała zaskoczona dziewczyna. Gilbis znów stąpał z nogi na nogę trzymając ręce za plecami. Podniósł głowę.

– Nie uśmiechasz się. – Powiedział swoim silnym głosem. – Inni uśmiechają się, nawet w trakcie rozmowy z przyjaciółmi.

– Uśmiecham się! – Podniosła głos podirytowana. Mężczyzna znów spuścił głowę.

– Nie jest to szczery uśmiech. – Dodał. Martę poniosło. Zrobiła się czerwona ze złości. Obcy kosmita osądził ją nie znając jej. Uważała, że bezpodstawnie. Niebieskowłosy podszedł bliżej niej i zza pleców wyjął ziemskiego tulipana. – Czytałem gdzieś, że tak można wywołać szczery uśmiech u ludzi. – Podał tulipana dziewczynie. Ta zszokowana przyjęła podarunek i zarumieniła się. Głupek – pomyślała i na jej twarzy pojawił się uśmiech. Mężczyzna też się uśmiechnął zadowolony z wyniku. Odsunął się o parę kroków od dziewczyny.

– Dziękuję. – Wymamrotała Marta. – Dobranoc. – Dodała, ręką odgarniając grzywkę z oczu.

– Już idziesz? – Odezwał się zaskoczony mężczyzna. Marta chciała odejść ale kosmita, który kolejny raz uratował jej życie był bardzo miły dla niej. Dawno nie rozmawiała z nikim spoza swojego domu, nie wliczając Nyo z którym pracowała. Chciała odejść ale jakaś siła nie pozwalała jej. Mężczyzna znów stąpał z nogi na nogę, spuścił wzrok. – Czy zobaczę cię jeszcze? – Zapytał. Powstała chwilę niezręczna cisza dla obojga. Marta nie mogła mu nic obiecać, dopiero go poznała, nie wiedziała nawet jak ma go wołać. Ej, ty, Gilbis? Brzmiało to arogancko i głupio, w szczególności, że mężczyzna był miły dla niej.

– Nie mam najlepszego doświadczenia z obcymi rasami. – Powiedziała znów odgarniając grzywkę z oczu. – Powiedz mi jak mam się do ciebie zwracać? – Zapytała patrząc na zakłopotanego mężczyznę.

– Izajah. Jestem Izajah.

– Ja nazywam się Marta. – Powiedziała podchodząc do mężczyzny. Gilbis podniósł wzrok. Spojrzał dziewczynie prosto w oczy. Marta zarumieniła się, miał piękny kolor oczu. – Miło mi cię poznać Izajah. – Podała rękę. Mężczyzna uścisnął jej dłoń, delikatnie, nie za mocno, jakby się bał, że połamie dziewczynie kości. – Zobaczymy się znowu, kiedyś, na pewno.

Gilbis uśmiechnął się. Stali chwilę w milczeniu po czym pożegnali się i oboje odeszli w swoją stronę.

Izajah przedarł się przez kępę krzaków do pobliskiego stawu. Staw był mały, ledwo można było go nazwać stawem, lecz był stamtąd piękny widok na miasta kopuł. Rozejrzał się w poszukiwaniu niedźwiedzia, którego wcześniej znokautował przy kobiecie. Niedźwiedź stał przy poręczach oddzielających ląd od wody.

– W końcu dotarłeś. – Odezwał się niedźwiedź macając sobie łapą swoje obolałe lewe biodro. – Jak było. Warta tej całej szopki?

– Warta. – Odezwał się Izajah podchodząc do niedźwiedzia. – Nazywa się Marta.

– Nie pytałem o imię, ale cieszę się, że aż tyle się o niej dowiedziałeś. – Powiedział podirytowany niedźwiedź. – Następnym razem jak będziesz chciał mnie znów namówić do udawanej walki weź okładaj mnie… lżej. Prawie złamałem biodro.

– Wybacz Moses. Poniosło mnie. – Izajah spuścił głowę, jakby zawstydzony.

– To wyjaśnij mi przyjacielu. – Kontynuował niedźwiedź. – Czemu tak bardzo chciałeś zaimponować tej ludzkiej istocie.

– Nie wiem. – Wyznał szczerze niebieskowłosy.- Ma w sobie coś, co mnie przyciąga.

– Pewnie cycki. – Zaśmiał się ironicznie niedźwiedź. Izajah walnął go pięścią w bolące biodro. Zwierze ryknęło z bólu. – Dobra, dobra. Zrozumiałem. – Wyjęczał ze swojej paszczy. – Jeśli wybaczysz, wrócę do zoo.

– Nie chcesz wracać do klanu?

– Nie, ty też pewnie nie chcesz wracać tam. Przez nią. – Powiedział spokojnym tonem Moses. Izajah chwilę zamyślił się.

– Kiedyś tam wrócę. Odwiedzę jej pochówek i przeproszę Keylę, za to czego nie mogłem zrobić dla jej córki. Jednak dziś nie jestem w stanie tego zrobić, nie ma też takiej potrzeby. – Spojrzał na panoramę miasta. – Pod kopułami też jest ładnie, a w postaci człowieka łatwiej się tu żyje.

– Co racja to racja, ludzie dbają o mnie. – Zaśmiał się niedźwiedź. – Za kilka ryków dziennie dostaję solidną porcję jedzenia i ciepły kąt dla siebie. Nikt dalej nie zorientował się, że jestem Gilbisem.

– Nie wolisz uczciwie pracować, tylko podszywać się pod zwierzę z zoo?

– Aj tam, chłopie. Wiesz jakie dobre życie mam w tym zoo. Nikt nic mi nie rozkazuje, leniuchuję całymi dniami a jak się nudzę odwalam pokazówę i ludzie jak szaleni biją mi brawo i rzucają pokarm do wybiegu. Żyć nie umierać.

– A jak z kobietami? – Zażartował Izajah. – Pewnie masa Niedźwiedzic cię otacza, masz w czym przebierać.

– A weź ty! – Zamachnął się łapą na mężczyznę, ale ten wyprzedził niedźwiedzia klepiąc go po plecach. – Dobra, ja spadam. Jakbyś chciał pogadać albo gdzieś przenocować, wiesz gdzie mnie szukać. – Po tych słowach niedźwiedź przemienił się w człowieka i spokojnym krokiem odszedł pogwizdując sobie. Izajah patrzył na odchodzącego przyjaciela. Był zadowolony że mógł zobaczyć ponownie dziewczynę, której uratował życie.

Marta doszła do domu. Otworzyła drzwi od mieszkania, zdjęła buty i powiesiła torbę na wieszaku obok drzwi. Sięgnęła po swoje kapcie, które leżały obok schodów prowadzących na górną część mieszkania. W domu było cicho. Nie spodziewała się zastać nikogo. Ewa o tej godzinie przeważnie siedziała u sąsiadki na kawie, Anna była dalej w pracy. Jednak Adam wrócił wcześniej do domu. Kiedy dziewczyna weszła do kuchni zastała go siedzącego przy stole z Arthurem. Przywitała się kiwnięciem głowy, sięgała do lodówki po obiad, by go odgrzać w mikrofali. Nie planowała podsłuchiwać rozmowy przyjaciół, ale czekając mimo uszu usłyszała konwersację. Znów była mowa o Hanarii, która zaatakowała Martę. Siedziała w areszcie i czekała na przesłuchanie. Nie okazało się to jednak łatwe. Rodzina Hanarii zrzuciła się na drogiego i dobrego prawnika. Sytuacja skomplikowała się. Marta jednak wolała o tym nie myśleć. Sięgnęła do jednej z półek by zdjąć z niej wazonik. Nalała wody do niego i umieściła w nim tulipana, którego dostała od Izajaha. Adam zwrócił na to uwagę.

– Nyo ci to dał? – Zapytał zaciekawiony. W mikrofali kliknęło. Jedzenie było gotowe.

– Nie. – Odpowiedziała Marta sięgając po widelec w dolnej szufladce, niedaleko piekarnika. – Od kogoś innego.

– Znam go?

– Nie. – Powiedziała dziewczyna sięgając po półmisek i zjadając jego zawartość. – Lecz to miły chłopak, nie musisz się martwić.

– Rozumie, że to człowiek?

– Coś w tym stylu. – Próbowała ominąć temat.

– Gilbis? – Zapytał zaciekawiony Arthur. Przejrzał Martę na wylot. Zaczerwieniła się. Odłożyła półmisek do zlewu, złapała za wazon i wyszła z kuchni. Szybkim krokiem poszła po schodach na górę do swojego pokoju. Umieściła wazon na biurku, obok komputera. Tulipan był żółty, to był ulubiony kolor dziewczyny. Była pewna, że to był tylko zbieg okoliczności, że właśnie ten kolor dostała. Zdjęła kapcie i położyła się na łóżku. Sięgnęła po książkę leżącą na nocnym stoliku. Zaczęła czytać po czym zasnęła.

Śniła się jej sytuacja z poprzedniej pracy, gdzie Hanaria próbowała ją zabić. Widziała jej wzrok pełen nienawiści. Przerażał dziewczynę. Próbowała krzyczeć ale nie mogła, traciła oddech. W pewnym momencie obudziła się cała spocona, łapiąc się za gardło. Miała wrażenie, że naprawdę zabrakło jej powietrza. Za oknem było już ciemno. Hologram został wyłączony i można było obserwować prawdziwe niebo Europy. Było tak piękne. Dziewczyna sięgnęła po swój pamiętnik, który chowała pod poduszką. Zaczęła w nim pisać i w ten sposób zapomniała o śnie. Spojrzała na otrzymanego kwiatka i uśmiechnęła się. To był miły gest ze strony niebieskowłosego mężczyzny. Marta nie mogła zapomnieć jego wyrazu twarzy, tego zakłopotania w jej obecności. Przypominała sobie jak stąpał z nogi na nogę ze wpuszczoną głową, jak niepewnie podał jej tulipana tłumacząc, że wyczytał to gdzieś, że tak powinno się zrobić. Uznała to za bardzo uprzejmy gest z jego strony, może i nawet słodki. Dziewczyna ocknęła się z myśli, uznała obcego mężczyznę za słodkiego? Była w szoku. Nie mogła uwierzyć, nawet napisała to w swoim pamiętniku. Szybko skreśliła niekomfortowe zdania. Co by było, gdyby ktoś przeczytał to. Musiała znów głęboko zakopać swój pamiętnik. Dała go pod materac łóżka. Zakryła swoją twarz dłońmi, po chwili poklepała się lekko po policzkach. Ułożyła się wygodnie na łóżku i spoglądając w niebo zasnęła. Nie miała już koszmarów. Mogła spokojnie spać. Rano znów musiała iść do pracy i stawić czoło Nyo.

_________________________________
Ja wiem, że nie jestem najlepsza w pisaniu opowiadań i popełniam wiele błędów. To moje pierwsze, tak poważne opowiadanie. Proszę o wyrozumiałość kochani i o pomoc w doskonaleniu się.